Arabia Saudyjska zdecydowała się na wyraźną obniżkę cen ropy dla klientów w Azji. Saudi Aramco zetnie w październiku cenę gatunku Arab Light o 5 dolarów za baryłkę względem regionalnego poziomu odniesienia. To najniższa wycena saudyjskiej ropy dla tego rynku od 2020 roku. Decyzja od razu przełożyła się na spadek notowań surowca na światowych giełdach.
W poniedziałek, 5 października, baryłka amerykańskiej ropy WTI w kontraktach listopadowych kosztowała około 90,28 dolara, o 0,91 proc. mniej niż wcześniej. Brent była wyceniana na 101,86 dolara za baryłkę i traciła 0,38 proc. Rynek zareagował przede wszystkim na decyzję Saudi Aramco. Jej skala była niespodzianką. Traderzy i rafinerie spodziewali się bowiem ruchu w przeciwnym kierunku – podwyżki ceny Arab Light o około 5 dolarów na baryłce.
Saudi Aramco obniża ceny dla Azji, ale podnosi je dla Europy
Saudi Aramco zastosowało różną politykę wobec poszczególnych regionów. Dla klientów w Azji cena Arab Light spadnie o 5 dolarów względem regionalnego benchmarku. Europejscy odbiorcy zapłacą natomiast o 3 dolary więcej za baryłkę. Ceny dla Stanów Zjednoczonych pozostaną bez zmian. Taki układ pokazuje, gdzie Arabia Saudyjska widzi obecnie największą presję konkurencyjną. Na rynku azjatyckim zwiększyła się dostępność ropy z Zatoki Perskiej. Eksport z regionu mocno odbudował się po załamaniu wywołanym konfliktem z Iranem.
Według danych firmy Kpler we wrześniu z Zatoki Perskiej eksportowano co najmniej 16,5 mln baryłek ropy dziennie, po wyłączeniu irańskiego surowca objętego amerykańską blokadą. To poziom zbliżony do średniej sprzed wojny. W marcu eksport był niższy aż o około 10,5 mln baryłek dziennie. Arabia Saudyjska może więc wysyłać więcej ropy na kluczowe rynki, ale jednocześnie musi konkurować o odbiorców z innymi producentami z regionu. Obniżka Saudi Aramco jest jednym z najmocniejszych sygnałów cenowych od początku obecnego kryzysu.

Arabia Saudyjska odbudowała alternatywną drogę eksportu ropy
Duża część poprawy sytuacji wynika ze zmiany tras transportu. Przed wojną jedynie około 17 proc. ropy z regionu omijało Cieśninę Ormuz. Obecnie jest to około 40 proc. Producenci wykorzystują przede wszystkim rurociągi Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Pod koniec września Saudowie wznowili eksploatację rurociągu wschód-zachód, który wcześniej został uszkodzony podczas ataków dronów. Pozwala on transportować surowiec z pól naftowych na wschodzie kraju do portu Yanbu nad Morzem Czerwonym.
To zmniejsza zależność Arabii Saudyjskiej od Cieśniny Ormuz, przez którą przebiega jeden z najważniejszych szlaków transportu ropy na świecie. Drugim elementem jest system wahadłowego transportu tankowcami. Statki przepływające przez Ormuz coraz częściej przekazują ładunek innym jednostkom już poza najbardziej zagrożonym obszarem. W sierpniu ponad 70 proc. ropy transportowanej przez cieśninę zmieniło tankowiec. Przed wojną takie operacje były tam rzadkością.
Ataki na Saudi Aramco nadal podtrzymują ryzyko
Większa dostępność surowca nie zakończyła problemów z bezpieczeństwem. Huti poinformowali w weekend o atakach rakietowych i dronowych na obiekty Saudi Aramco w Rijadzie oraz w rejonie Churajs, jednym z ważnych obszarów wydobycia ropy we wschodniej części Arabii Saudyjskiej. Rebelianci przedstawili operację jako odpowiedź na saudyjskie uderzenia na kontrolowane przez nich obszary Jemenu. Jemeński rząd ogłosił jednocześnie rozpoczęcie ofensywy przeciwko Huti.
Z punktu widzenia rynku kluczowe jest zagrożenie dla infrastruktury. Rurociągi, rafinerie, terminale i instalacje załadunkowe nadal mogą stać się celem ataków. Każde poważniejsze uszkodzenie mogłoby ponownie ograniczyć możliwości eksportowe Arabii Saudyjskiej. To jeden z powodów, dla których ceny ropy, mimo wzrostu dostaw z Zatoki Perskiej, pozostają znacznie wyższe niż przed rozpoczęciem konfliktu. Pod koniec lutego WTI kosztowała około 65 dolarów za baryłkę, a Brent niewiele ponad 70 dolarów.
OPEC+ nie zwiększa na razie limitów wydobycia
Dodatkowym elementem układanki jest decyzja OPEC+. Arabia Saudyjska, Rosja i pozostali główni producenci zrzeszeni w sojuszu uzgodnili w weekend utrzymanie dotychczasowych kwot dostaw na kolejny miesiąc. Formalnie limity się więc nie zmieniają. Faktyczna produkcja części członków OPEC+ pozostaje jednak poniżej poziomów sprzed konfliktu. Dotyczy to m.in. Arabii Saudyjskiej, Iraku i Kuwejtu.
Kolejne spotkanie siedmiu państw OPEC+ zaplanowano na 1 listopada. Szersza decyzja dotycząca polityki produkcyjnej w przyszłym roku ma zapaść podczas ministerialnego spotkania 29 listopada.
Problemem pozostaje olej napędowy
Odbudowa eksportu ropy nie rozwiązała niedoboru paliw gotowych. Dane Kplera pokazują, że przez Cieśninę Ormuz transportowane jest obecnie mniej niż 20 proc. przedwojennej ilości produktów rafinowanych. Pod koniec września siedmiodniowa średnia eksportu takich produktów wynosiła około 677 tys. baryłek dziennie. Przed konfliktem było to około 3,6 mln baryłek.
Największe napięcia dotyczą oleju napędowego. Z tego powodu państwa G7 zdecydowały się na kolejne działania interwencyjne. Międzynarodowa Agencja Energetyczna poinformowała, że od marca uwolniono około 325 mln baryłek ropy z zapowiedzianych 400 mln. Przywódcy G7 zdecydowali również o sięgnięciu po zapasy diesla i innych paliw. Plan zakłada uwolnienie około 100 mln baryłek.
Sytuacja na rynku jest więc nietypowa. Eksport ropy z Zatoki Perskiej wrócił w okolice poziomu sprzed wojny, a Saudi Aramco mocno obniża ceny dla największego regionu importowego. Jednocześnie surowiec pozostaje drogi, transport odbywa się z większym ryzykiem, a niedobór produktów rafinowanych nadal utrzymuje presję na ceny paliw.
Decyzja Arabii Saudyjskiej daje rynkowi sygnał większej dostępności ropy. Nie usuwa jednak ryzyka związanego z konfliktem na Bliskim Wschodzie. To właśnie napięcie między rosnącą podażą a bezpieczeństwem dostaw będzie w najbliższych tygodniach decydowało o kierunku notowań.


















