W Polsce coraz trudniej znaleźć powiat, w którym mieszkańcy nie usłyszeli w ostatnich latach o zamykanej porodówce, ograniczeniu działalności oddziału całodobowego albo wielomilionowym długu lokalnego szpitala. System ochrony zdrowia znalazł się w momencie krytycznym: społeczeństwo gwałtownie się starzeje, lekarzy i pielęgniarek brakuje, a pacjenci miesiącami czekają na podstawowe świadczenia. Państwo wydaje na zdrowie więcej niż dekadę temu, ale kolejne rekordy nie przynoszą proporcjonalnej poprawy dostępności leczenia. Zamiast długofalowej reformy kolejne rządy skupiały się głównie na gaszeniu bieżących kryzysów. Efekt? Coraz większe wydatki nie przełożyły się na poprawę dostępności leczenia.
Coraz większe pieniądze, coraz większe problemy
Politycy wszystkich opcji od lat karmią nas hasłami mówiącymi o tym, że nakłady na ochronę zdrowia rosną. I rzeczywiście — widać wyraźny wzrost wydatków publicznych. W 2016 roku, za rządów PiS, Polska przeznaczała na ochronę zdrowia jedynie 4,5% PKB. Dziś oficjalne wydatki przekraczają 6% PKB, a według założeń budżetu na 2026 rok mają osiągnąć poziom 247,8 mld zł, czyli 6,81% PKB z 2024 roku.
Na pierwszy rzut oka może to wyglądać imponująco. Problem polega jednak na tym, że koszty funkcjonowania systemu rosną jeszcze szybciej. W ciągu ostatnich lat gwałtownie wzrosły ceny energii, leków, sprzętu medycznego oraz wynagrodzeń personelu. W efekcie większe nakłady nie przełożyły się proporcjonalnie na skrócenie kolejek czy poprawę jakości leczenia. Według danych GUS oraz analiz cytowanych przez Demagog wydatki na ochronę zdrowia w ciągu ostatniej dekady wzrosły ponad dwukrotnie nominalnie, ale Polska nadal pozostaje poniżej średniej unijnej pod względem wydatków per capita. Tymczasem system jest coraz bardziej przeciążony. Pacjenci czekają miesiącami na wizyty u specjalistów, psychiatria dziecięca znajduje się w chronicznym kryzysie, a szpitale regularnie alarmują o brakach finansowych.
Szczególnie niepokojące jest to, że państwo wciąż wydaje relatywnie mało na profilaktykę. Według raportów OECD Polska przeznacza na działania profilaktyczne około 1,7% budżetu zdrowotnego, podczas gdy średnia OECD wynosi około 3,4%. To znaczy, że system nadal działa głównie reaktywnie — leczy skutki zaniedbań zdrowotnych zamiast im zapobiegać.
Budżet na 2026 rok – rekordowe nakłady i rekordowy deficyt
Rząd przedstawia budżet na 2026 rok jako dowód priorytetowego traktowania ochrony zdrowia. Zgodnie z ustawą budżetową na zdrowie ma zostać przeznaczone 247,8 mld zł. Środki mają finansować między innymi program in vitro, psychiatrię, inwestycje infrastrukturalne oraz dalsze podwyżki dla personelu medycznego. Jednocześnie budżet państwa na 2026 rok zakłada deficyt na poziomie 271,7 mld zł, przy wydatkach wynoszących 918,9 mld zł. To najwyższy deficyt w historii III RP. Minister finansów Andrzej Domański tłumaczył, że budżet odpowiada na „bezprecedensowe wyzwania geopolityczne i rozwojowe”, jednak ekonomiści ostrzegają, że obecny model finansowania państwa może okazać się trudny do utrzymania w dłuższej perspektywie.
Sytuację komplikuje również starzenie się społeczeństwa. Polska wchodzi w okres, w którym liczba osób pobierających świadczenia zdrowotne będzie rosła szybciej niż liczba osób odprowadzających składki zdrowotne. To oznacza, że system będzie wymagał coraz większych dopłat z budżetu centralnego albo podwyższania składek. Już dziś Narodowy Fundusz Zdrowia zmaga się z gigantyczną presją finansową. Według analiz środowisk medycznych luka finansowa systemu może w kolejnych latach sięgać nawet kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie.
Zamykane porodówki i oddziały – najwyższa cena dla mieszkańców małych miejscowości
Najbardziej widocznym symbolem kryzysu są likwidowane oddziały szpitalne. Szczególnie dramatycznie wygląda sytuacja porodówek. W 2010 roku w Polsce działało 406 oddziałów położniczych. W 2025 roku było ich już tylko około 305, czyli w ciągu piętnastu lat z mapy kraju zniknęła niemal jedna czwarta porodówek.
Przyczyną jest przede wszystkim katastrofa demograficzna. Liczba urodzeń spadła z ponad 413 tys. rocznie w 2010 roku do około 238 tys. w 2025 roku. Dla wielu szpitali powiatowych utrzymywanie porodówki przestało być opłacalne finansowo. Jednak logika ekonomiczna zderza się tutaj z bezpieczeństwem mieszkańców. Kiedy porodówka znika z małego miasta, kobiety w ciąży muszą często pokonywać nawet 100 kilometrów do najbliższego oddziału. W regionach słabiej skomunikowanych oznacza to realne zagrożenie dla życia kobiety i płodu.
Podobny proces dotyczy oddziałów okulistycznych i całodobowych. Szpitale ograniczają działalność tam, gdzie świadczenia są niedoszacowane lub brakuje lekarzy. Finalnie najgorszy dostęp do lekarzy będzie miało od 10 do 15 milionów Polaków wykluczonych transportowo. To właśnie mieszkańcy mniejszych miejscowości najmocniej odczuwają skutki kryzysu ochrony zdrowia. Bogatsi pacjenci z dużych miast mogą korzystać z sektora prywatnego, a dla mieszkańców powiatów alternatywy często po prostu nie ma.
Dla przedsiębiorców problemy ochrony zdrowia oznaczają nie tylko wyższe składki, ale również rosnące koszty absencji pracowników i coraz większą zależność od prywatnej opieki medycznej.
Jak partie polityczne chcą reformować ochronę zdrowia?
Zarówno PiS, który rządził przez osiem lat, jak i obecna koalicja zdają się ignorować problem i zajmować się co najwyżej zarządzaniem kryzysowym zamiast przeprowadzić realną reformę systemu. PiS chwalił się wzrostem wydatków i dojściem do poziomu 7% PKB na zdrowie, ale w praktyce za jego rządów dramatycznie wydłużyły się kolejki do specjalistów, pogłębił się kryzys psychiatrii dziecięcej, a zadłużenie szpitali wzrosło do rekordowych poziomów. Obecny rząd również zapowiada poprawę sytuacji i przeznacza na zdrowie rekordowe 247,8 mld zł w budżecie na 2026 rok, jednak nadal brakuje głębokich reform systemowych, a szpitale powiatowe i personel medyczny wciąż funkcjonują na granicy wydolności.
Model państwowy
Na tle tych ugrupowań wyróżniają się propozycje partii Razem, która podkreśla, że ochrona zdrowia powinna być prawem każdego obywatela, a nie usługą zależną od zasobności portfela. Partia postuluje zwiększenie publicznych wydatków na ochronę zdrowia do poziomu państw Europy Zachodniej, rozbudowę systemu psychiatrii, poprawę warunków pracy lekarzy i pielęgniarek oraz większe inwestycje w profilaktykę i opiekę geriatryczną, a także regionalizację zarządzania systemem, czyli odejście od rozproszonego modelu (powiaty, gminy) na rzecz silniejszej koordynacji na poziomie województw. W ramach tego światopoglądu szpital nie może być traktowany wyłącznie jako przedsiębiorstwo rozliczane z rentowności, ponieważ pełni funkcję bezpieczeństwa publicznego.
Model prywatny
Zupełnie inną wizję przedstawia Konfederacja i środowiska skrajnie wolnorynkowe, które proponują ograniczenie roli NFZ i większe otwarcie systemu na prywatne ubezpieczenia zdrowotne. W teorii ma to zwiększyć konkurencję i skrócić kolejki. Taki model oznaczałby ogromne koszty, szczególnie dla osób biedniejszych, seniorów i mieszkańców prowincji.
Największe ryzyka
Doświadczenia Stanów Zjednoczonych pokazują, że system oparty na prywatnych ubezpieczeniach prowadzi do astronomicznych kosztów leczenia: poród może kosztować kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy dolarów, leczenie nowotworu setki tysięcy, a transport karetką kilka tysięcy dolarów. W tym samym czasie Stany wydają na ochronę zdrowia ponad 17% PKB, czyli znacznie więcej niż większość państw Europy, co świadczy o tym, że prywatyzacja wcale nie oznacza niższych kosztów dla budżetu państwa, ale przerzucenie ogromnej części wydatków bezpośrednio na obywateli.
W polskich warunkach skutki byłyby szczególnie dotkliwe. Dobrze zarabiający mieszkańcy dużych miast mogliby pozwolić sobie na szybkie leczenie i prywatne pakiety medyczne, ale osoby gorzej sytuowane zostałyby zmuszone do zadłużania się na leczenie. Taki model prowadziłby do pogłębiania nierówności zdrowotnych i stworzenia systemu klasowego, w którym długość życia i dostęp do specjalistów coraz bardziej zależałyby od poziomu dochodów.
Bogaci będą leczeni szybko i dobrze, podczas gdy biedniejsi będą odkładali wizyty lekarskie albo rezygnowali z terapii z powodów finansowych. Mieszkańcy prowincji, seniorzy i osoby gorzej zarabiające staliby się obywatelami drugiej kategorii.
Prawica często przedstawia prywatny sektor jako rozwiązanie wszystkich problemów. To uproszczenie. Prywatne kliniki wybierają przede wszystkim najbardziej opłacalne procedury i pacjentów. Nie chcą utrzymywać nierentownych oddziałów ratunkowych, porodówek w małych miastach ani kosztownej opieki długoterminowej. Tym zawsze musi zajmować się państwo. Krytycy prywatyzacji ochrony zdrowia zwracają uwagę, że prywatne placówki koncentrują się głównie na najbardziej rentownych usługach, podczas gdy kosztowna opieka ratunkowa czy długoterminowa nadal wymaga finansowania publicznego.
Ochrona zdrowia – prawo każdego obywatela czy opcja tylko dla najbogatszych?
Polska ochrona zdrowia znajduje się dziś na granicy wydolności. Zamykane porodówki, gigantyczne kolejki do specjalistów, przemęczony personel i zadłużone szpitale to objawy wieloletnich zaniedbań. Starzenie się społeczeństwa sprawi, że presja na system będzie rosła z każdym rokiem, przez co kosmetyczne reformy przestaną być wystarczalne. Największym zagrożeniem nie jest jednak wyłącznie brak pieniędzy, lecz polityczna pokusa przerzucenia odpowiedzialności za leczenie na obywateli. Jeśli państwo wycofa się z gwarantowania powszechnego dostępu do opieki zdrowotnej, Polska może wejść w epokę medycznych nierówności, w której długość życia i jakość leczenia będą coraz bardziej zależeć od zasobności portfela.
Bez reform organizacyjnych i większego nacisku na profilaktykę koszty ochrony zdrowia będą rosły zarówno dla państwa, jak i przedsiębiorców oraz samych pacjentów.


















