W dyskusji o przedsiębiorczości kobiet często zatrzymujemy się na poziomie emocji. Mówimy o równości, stereotypach, kulturze organizacyjnej. To ważne. Ale równie istotne jest coś innego: bariera w dostępie do kapitału nie jest problemem wizerunkowym. To kwestia produktywności i tempa wzrostu PKB.
Co ósma przedsiębiorczyni napotyka barierę
Z raportu „Polki i przedsiębiorczość 2025” wynika, że co ósma przedsiębiorczyni deklaruje trudności w pozyskaniu finansowania, które – w jej ocenie – mogły być związane z płcią. To nie jest jedynie subiektywne poczucie dyskomfortu. Za tą deklaracją stoją konkretne doświadczenia: 28 proc. badanych kobiet, które odczuły barierę, wskazuje na otrzymanie mniej korzystnych warunków finansowych niż inne podmioty w podobnej sytuacji. 27 proc. mówi o konieczności przedstawienia dodatkowych zabezpieczeń, a 24 proc. o odrzuceniu wniosku bez jasnego uzasadnienia. W części przypadków trudności pojawiały się już na etapie pierwszego kontaktu z instytucją finansującą.

Na pierwszy rzut oka 12–13 proc. może nie brzmieć jak liczba alarmująca. W statystyce makro to nie jest połowa rynku ani nawet jedna trzecia. Problem polega jednak na tym, że gospodarka nie działa w procentach, tylko w realnych firmach, miejscach pracy i przepływach pieniężnych. Jeśli w Polsce funkcjonują setki tysięcy przedsiębiorstw prowadzonych przez kobiety, to mówimy o dziesiątkach tysięcy podmiotów, które mogły zetknąć się z barierą kapitałową na etapie kluczowej decyzji rozwojowej.
W praktyce oznacza to sytuacje, w których inwestycja zostaje odłożona o kilka miesięcy, bo finansowanie jest droższe niż zakładano. Oznacza to kontrakt, którego firma nie podejmuje, bo nie chce nadmiernie obciążać majątku prywatnego dodatkowymi zabezpieczeniami. Oznacza to rezygnację z zatrudnienia kolejnej osoby, bo ryzyko płynnościowe staje się zbyt wysokie. Wreszcie oznacza to ostrożniejszą, defensywną strategię działania zamiast ekspansji.
Kapitał nie jest neutralny. Jego cena i dostępność wpływają na tempo wzrostu firmy. Jeśli część przedsiębiorstw systemowo otrzymuje go na mniej korzystnych warunkach, rozwija się wolniej. A wolniejszy rozwój tysięcy firm przekłada się na niższą dynamikę całego sektora MŚP.
Dlatego nie można traktować tych 12–13 proc. jako statystycznego marginesu. W skali mikro to indywidualne historie przedsiębiorczyń, które muszą udowadniać swoją wiarygodność bardziej niż inni. W skali makro to realna strata dla gospodarki – mniej inwestycji, mniej innowacji, mniej miejsc pracy i mniejsze wpływy podatkowe.
Jeżeli mówimy poważnie o konkurencyjności Polski, o wzmacnianiu sektora MŚP i o budowaniu odporności gospodarki na wstrząsy, to każda bariera w dostępie do finansowania powinna być traktowana nie jako problem wizerunkowy, lecz jako kwestia efektywności ekonomicznej. Bo kapitał, który nie trafia tam, gdzie jest potencjał wzrostu, jest kapitałem zmarnowanym.
Efekt domina w gospodarce
Z perspektywy makroekonomii każda niezrealizowana inwestycja to nie tylko indywidualna decyzja jednej firmy, lecz zdarzenie, które uruchamia łańcuch konsekwencji. Wzrost gospodarczy nie bierze się z abstrakcyjnych wskaźników, ale z tysięcy codziennych decyzji podejmowanych przez przedsiębiorców. Kiedy jedna z nich zostaje wstrzymana z powodu braku kapitału lub jego zbyt wysokiego kosztu, skutki wykraczają daleko poza bilans tej jednej spółki.
Wyobraźmy sobie przedsiębiorczynię, która planowała zakup nowej maszyny produkcyjnej. Taka decyzja to nie tylko wydatek inwestycyjny w jej firmie. To przychód dla producenta urządzenia, marża dla dystrybutora, zlecenie dla firmy transportowej, prowizja dla serwisu instalacyjnego. To także przyszły wzrost wydajności, większa produkcja, potencjalnie nowe kontrakty i kolejne wpływy podatkowe. Jeśli inwestycja nie dochodzi do skutku, ten cały łańcuch zdarzeń po prostu się nie wydarza.
Podobnie jest z zatrudnieniem. Gdy firma rezygnuje z przyjęcia dwóch nowych pracowników, to nie tylko te konkretne osoby tracą szansę na wynagrodzenie. Mniejsza liczba etatów oznacza niższe składki do ZUS, niższe wpływy z PIT, mniejszą konsumpcję w lokalnych sklepach i punktach usługowych. Każde miejsce pracy generuje popyt w innych sektorach. To klasyczny efekt mnożnikowy, który w teorii ekonomii opisuje się jako mechanizm wzmacniania impulsu pierwotnego w całej gospodarce.
Jeszcze wyraźniej widać to w przypadku ekspansji zagranicznej. Rozszerzenie oferty eksportowej wymaga finansowania produkcji, marketingu, certyfikacji, często także zatrudnienia specjalistów. Jeśli firma nie podejmie tego kroku z powodu ograniczonego dostępu do kapitału, Polska traci nie tylko przychód z eksportu, lecz także budowanie przewagi konkurencyjnej na rynkach międzynarodowych. A eksport to jeden z filarów stabilności gospodarki w czasach spowolnienia.
Dlatego bariera finansowania nie jest problemem wyłącznie pojedynczej przedsiębiorczyni. To nie jest historia jednej decyzji kredytowej czy jednej odrzuconej umowy. To kwestia efektywności całego rynku. Gospodarka działa jak system naczyń połączonych – każda ograniczona inwestycja zmniejsza przepływ środków w innych częściach systemu. Jeżeli takich sytuacji jest kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy, zaczynamy mówić o realnym wpływie na dynamikę wzrostu, poziom zatrudnienia i tempo modernizacji sektora MŚP.
W tym kontekście dostęp do kapitału przestaje być wyłącznie narzędziem finansowym. Staje się jednym z kluczowych mechanizmów napędzających rozwój gospodarczy. Jeśli nie działa w pełni efektywnie, traci na tym nie tylko jedna firma. Traci cały ekosystem biznesowy.
Mit „kobiecego biznesu hobbystycznego”
W przestrzeni publicznej funkcjonuje cichy, często nieuświadomiony stereotyp, że firmy prowadzone przez kobiety mają charakter „dodatkowy”, „miękki” lub wręcz hobbystyczny. Że to działalności na mniejszą skalę, bez ambicji wzrostu, bez realnego wpływu na rynek. Ten sposób myślenia bywa subtelny, rzadko wypowiadany wprost, ale jego konsekwencje mogą być bardzo konkretne – zwłaszcza w kontekście oceny ryzyka czy decyzji finansowych.
Tymczasem dane z raportu pokazują zupełnie inny obraz. Aż 78 proc. przedsiębiorczyń prowadzi firmę samodzielnie, bez wspólnika. To oznacza pełną odpowiedzialność za strategię, sprzedaż, finanse i operacje. To nie jest „projekt po godzinach”, lecz realne zarządzanie organizacją, często w wymagającym otoczeniu rynkowym. Ponad jedna czwarta zatrudnia pracowników, co oznacza, że mówimy o podmiotach tworzących miejsca pracy, zarządzających zespołami i ponoszących odpowiedzialność pracodawcy. Co więcej, 70 proc. badanych planuje zwiększenie zatrudnienia lub przynajmniej utrzymanie obecnego poziomu. To deklaracja stabilności i ambicji rozwojowych, a nie zachowawczej działalności „na przetrwanie”.

Warto też spojrzeć szerzej na strukturę branżową. Firmy prowadzone przez kobiety często działają w sektorach edukacji, zdrowia, usług eksperckich, komunikacji czy consultingu. To obszary, które nie wymagają ciężkiej infrastruktury przemysłowej, ale wymagają wysokich kompetencji, specjalistycznej wiedzy i budowania relacji z klientem. Skala takiego biznesu nie zawsze jest widoczna w liczbie hal produkcyjnych czy parków maszynowych, ale jej wpływ na gospodarkę jest realny – szczególnie w sektorze usług, który w nowoczesnych gospodarkach stanowi dominującą część PKB.
Stereotyp „małej skali” często wynika z porównywania różnych modeli biznesowych tą samą miarą. Firma technologiczna czy budowlana rosnąca poprzez inwestycje kapitałochłonne jest łatwiej dostrzegalna niż wyspecjalizowana firma doradcza, która generuje wysoką wartość dodaną przy relatywnie mniejszej strukturze kosztowej. Jednak z punktu widzenia finansów obie są podmiotami gospodarczymi, które inwestują, zatrudniają i ponoszą ryzyko.
Utrwalanie mitu o „hobbystycznym” charakterze kobiecej przedsiębiorczości może prowadzić do błędnych założeń przy ocenie potencjału wzrostu. A to już bezpośrednio przekłada się na dostęp do kapitału. Jeśli firma jest postrzegana jako mniej ambitna rozwojowo, może być oceniana jako mniej perspektywiczna. Jeśli traktuje się ją jako działalność dodatkową, można nie docenić jej realnej skali i stabilności przychodów.
Tymczasem raport pokazuje wyraźnie: to nie są projekty realizowane w wolnym czasie. To realne organizacje, które funkcjonują w pełnym wymiarze rynkowym. Tworzą miejsca pracy, płacą podatki, budują relacje z kontrahentami i planują rozwój. W kontekście wyzwań gospodarczych, jakie stoją dziś przed Polską, ignorowanie ich potencjału byłoby błędem strategicznym.
Czas na zmianę narracji
Nie chodzi o preferencje. Nie chodzi o uprzywilejowanie. Chodzi o równe, racjonalne i efektywne zasady gry.
Jeśli chcemy, by polski sektor MŚP był bardziej konkurencyjny, odporny i innowacyjny, musimy zadbać o to, by kapitał trafiał tam, gdzie jest potencjał – bez zbędnych barier. Bo pytanie nie brzmi: czy przedsiębiorczynie poradzą sobie mimo przeszkód? Tylko, czy polska gospodarka może sobie pozwolić na ich spowalnianie? W gospodarce, która walczy o każdy punkt procentowy wzrostu, nie stać nas na to, by kapitał trafiał wolniej tam, gdzie realnie powstaje wartość.







































